Historie

» Pokaż wszystko     «Przegl. «1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 47» Dalej»     » Pokaz slajdów

Rościszewska Marcelina


Śliczna zakochana Polka. Prawdziwe życie Marceliny

      Źródło: Anna Lewandowska, gazeta płocka                                         

                                    Rościszewska Marcelina

                                                                           
                                                                                             

   Doprawdy, była to wielka kobieta. dzielna, odważna, bohaterska. Ale i fizycznie górowała nad otoczeniem. Na rodzinnym zdjęciu widzimy jej dwóch synów, męża i ją. Są ustawieni według wzrostu. Marcelina jest na końcu tego szeregu, o pół głowy wyższa od małżonka - patrzy śmiało w obiektyw i wypina pierś. 21 kwietnia 1921 r.Józef Piłsudski przypiął do niej krzyż walecznych.


   Marcelina Rościszewska jest ikoną Płocka. Wspaniała kobieta, patriotka, społecznica, pedagog... To jednak trochę niesprawiedliwe, że po śmierci dobrego, porządnego człowieka zostaje tylko pomnik. Tak jakby człowiek ów składał się z samych przymiotów ducha, a nie miał żadnej cielesności, ukrytych pragnień, jakby nie kochał nikogo poza Ojczyzną, nie wzdychał za niczym innym niż skąpana we krwi wolność. Jaka była naprawdę Marcelina Rościszewska, z domu Dąbrowska?

   Chciała być królową

   Jest rok 1875. W Libawie (Łotwa) Leokadia z Landsbergów Dąbrowska rodzi swemu mężowi Janowi córeczkę, której dają na imię Marcelina. Prawdą jest, co dziś można wyczytać w opracowaniach na jej temat, że "przyszła na świat w rodzinie patriotycznej, strzegącej wszystkiego, co polskie". Ale ta polskość umacniała się też poprzez dzieciństwo, w którym nie brakowało bardzo szczęśliwych, a często psotnych chwil. W pamiętnikach, do napisania których zmusili ją synowie i wnukowie - bo ona sama nie miała na to wielkiej ochoty - tak wspomina swoich rodziców: "Rodzice moi brali czynny udział w powstaniu 1863 roku. Ojciec po ukończeniu średnich szkół, a miał lat dziewiętnaście, wstąpił z dziadkiem do szeregów powstańczych. Po ciężkich, beznadziejnych walkach zostali obaj pojmani i skazani na Sybir".

   Panowie Dąbrowscy zostali osadzeni w więzieniu w Bobrójsku. I tam właśnie Jan poznał pannę, w której zakochał się bez pamięci. Tak, w więzieniu. Córka pisze po latach: "W murach jego znalazła się i matka moja ze starszą siostrą, wywiezione za ukrywanie powstańców w Węgryszkach, majątku rodziców, i za przenoszenie pod krynolinami broni dla partii ukrywającej się w lesie".

   Grupy kobieca i męska korzystały z tego samego więziennego spacerniaka i pewnego razu, kiedy panowie już wracali do swoich cel, przez moment zetknęli się z paniami, które dopiero swą przechadzkę miały zacząć. Jan spojrzał na Leokadię, ona na niego i... przepadło. Rościszewska temu ogniowi uczuć poświęca sporo miejsca i opisuje wydarzenia bez nieznośnego patriotycznego zadęcia. Same okoliczności są wystarczająco ponure, ale młodzi nawet pośród murów więziennych znajdują sposoby i sojuszników, by się jakoś skontaktować. Ojciec zjednuje sobie dozorcę, która przemyca listy do pięknej panny, a tu pech - dozorcę przenieśli. Wtedy inicjatywę przejmuje Leokadia i naprawdę robi to w sposób wielce wyrafinowany, bo wykorzystuje inspektora więzienia. Zabójczo przystojny Gruzin, ten inspektor, okrutnie kocha się w pannie Leokadii. Musi to być miłość wielka i czysta, bo zgadza się nosić liściki do więźnia, w którym z kolei zakochana jest śliczna Polka...

   Matka szybciej niż ojciec odzyskała wolność. Od razu znaleźli się adoratorzy, prosili o rękę, ale Leokadia mówiła "Nie!". I czekała na swego Jana, choć jej rodzice złościli się na to okropnie.

   A po latach były ślub i jedyne dziecko - Marcelinka. Mała długo nie się nacieszyła się nimi: mama umarła, kiedy dziecko miało sześć lat, ojciec osierocił je ostatecznie trzy lata później. Dziewczynka trafiła pod opiekę ciotki, mieszkała z nią w Kownie, potem w Wilnie, ale dużo czasu spędzała też we dworze wujostwa na Żmudzi, w Szawlanach.

   Z opisu wynika, że miejsce to było istną arkadią. Domostwo stało nad rzeką, dookoła rozciągały się łąki, w letnie dni powietrze aż drgało od zapachów i kolorów nasturcji, lewkonii, goździków. Dzieci miały sporo swobody i kiedy dorośli wypoczywali po obiedzie w cieniu wielkich balkonów, one buszowały pośród tej przyrody, wpadały na cmentarz pełen grobów przodków, bawiły się w starej kaplicy i stale obmyślały nowe rozrywki. Szczególnie inspirująca była stara wozownia z landami, bryczkami, karetą itd. Dzieciaki zasiadały w powozach i wyobraźnia ruszała na całego. Można było być lokajem albo stangretem, damą czy wytwornym panem. Albo jechać na wielkie przyjęcie na królewski dwór. Temperamentna Marcelinka zawsze chciała być królową, zresztą jak jej kuzynka, więc bywało, że panienki nieraz brały się za łepetyny.

   Edward - gorzka miłość

   Marcelina jak każda dobrze urodzona panienka edukowana była w domu. Potem opiekunowie posyłali ją dalej do szkół, do Białegostoku, do bardzo prestiżowego Szlacheckiego Instytutu im. Cesarzowej Marii Fiodorówny. To snobistyczna uczelnia, trzeba wykazać się szlachectwem do kilku pokoleń wstecz, najlepszymi manierami, grać na fortepianie i do tego znać języki: francuski i rosyjski. Z tym ostatnim był kłopot, bo rodzina uznała, że rosyjski to język wroga i wcale go dziewczynki nie uczono. Musiała wziąć kilka dodatkowych lekcji, żeby się do Szlacheckiego Instytutu dostać. Panienka została umieszczona w internacie. Raz - żeby zawarła przyjaźnie, a dwa - że była tak swawolna i temperamentna, iż uznano, że rygor w bursie nieco ją utemperuje.

   Marcelina nadspodziewanie przyłożyła się do nauki i szybko została prymuską. Szkoła była, jako się rzekło, rosyjska, więc dziewczyna musiała potajemnie zdobywać polskie książki, którymi zaczytywała się w tajemnicy. Mówienie po polsku było karane, co córce powstańców styczniowych tak się nie podobało, że wzięła udział w bojkocie tych kar.

   Matura - zgodnie z tamtą epoką - powinna położyć kres edukacji, w Królestwie Polskim kobiet na studia nie przyjmowano. Ale uparta panna poszła w zaparte i wyjechała do Paryża, gdzie zaopiekowała się nią córka Adama Mickiewicza. Marcelina wpadła w wir wielkiego miasta. Chodziła na wykłady znanych profesorów, zwiedzała galerie i muzea, robiła wypady do małych, klimatycznych francuskich miasteczek. Wszystko fajnie, ale zaczęła tęsknić do rodzinnych stron. I wróciła... po straconą miłość.

   Ten fragment jej pamiętnika czyta się jak powieściowy romans. W Igłowie nad brzegiem Niemna została nauczycielką trzech panien Igłowskich i prócz obowiązków miała tam nadzwyczajne życie w modrzewiowym dworze. Uroda Litwy, wieczorne domowe koncerty, szum rzeki - po prostu bajkowo. Aż do wesela Młynarskich, które trwało kilka dni i na które Marcelina została zaproszona. Pośród gości był on. Edward. "Był to rosły, przystojny blondyn, o szczerych, siwych oczach (...). Przez kilka dni zabawy nie odchodził ode mnie ani o krok. Tańczył tylko ze mną. W przeddzień wyjazdu powiedział mi po prostu - "Kocham panią". Zdaje mi się, że i pani mnie też trochę lubi. Będziemy mężem i żoną, czy dobrze?!".

   Marcelina, której serce biło jak szalone, nie zdążyła ust otworzyć, kiedy do gabineciku wparowała matka Edwarda i tak na nią spojrzała, że dziewczyna dała drapaka. Potem mamuśka ukochanego zapukała do jej pokoju i - słodząc słodko słówka - wygłosiła małe przemówienie. Że syn owszem, przyznał się do zamiaru ożenku z panną Dąbrowską, ale nic z tego nie będzie, bo majątek jest zadłużony, czemu niemało się przyczynił ojciec Edwarda, a w tej sytuacji syn musi się ożenić bogato (czyli nie z Marceliną), bo inaczej Moskal wszystko zabierze, a to byłoby wielce niepatriotycznie.

   No i co było robić? W pannie wszystko wyło z bólu, ale się spakowała i wyjechała do kuzynki pod Płock. Dwa miesiące później napisała, że jest zamężna z Rościszewskim... i tyle. Edward na tę wieść przez kilka dni nie wychodził z domu, a potem ożenił się bez miłości z kuzynką Marceliny. Ale o ukochanej zapomnieć nie umiał. Minęło kilka lat i spotkali się na przyjęciu w Warszawie. Pogadali sobie, wyjaśnili żale i wybaczyli, a on długo, bardzo długo trzymał jej dłoń w swojej. A wkrótce potem zginął w katastrofie samochodowej.

  

 Życie z Sewerynem, a raczej obok



Marcelina z mężem Sewerynem i synami: Lechem i Czechem   Marcelina z mężem Sewerynem i synami: Lechem i Czechem.

 

Patrząc na zdjęcia Marceliny Rościszewskiej, trudno uznać ją za piękność w klasycznym znaczeniu. Zadarty nos, okrągła twarz, nader solidna sylwetka... A jednak podobała się mężczyznom. Pewnie z powodu śmiejących się oczu, rezolutności, skłonności do żartowania. Czy to właśnie docenił w niej sporo starszy ziemianin z Niedroża koło Drobina Seweryn Rościszewski? Pewnie gdyby nie złamane przez Edwarda serce, nie wyszłaby za niego za mąż i nie zamieszkała w jego majątku. Nie pasowali do siebie. Ona - wykształcona, światowa, ceniąca sztukę. On... cóż. Ich syn Lech tak to opisywał: „[Matka - red.] przerastała znacznie przeciętny poziom środowiska ziemiańsko-inteligenckiego, w którym przyszła na świat, żyła i działała, podczas gdy mój zacny, prawy i kochany Rodzic ledwo doń dorastał. To było ich tragedią na cały półwieczny prawie okres małżeńskiego życia. Dopiero jego koniec przyniósł obojgu niejako nagrodę za długie lata cierpienia w milczeniu (...). Spędzili je pod moim dachem w Krakowie i w Szańcu (...). Matuchna moja - biała jak gołąbek - z wzruszającym wdziękiem składała »dziadziusiowi « wizyty na górce, a »dziadziuś «, osiemdziesięcioletni już przeszło staruszek, z rycerską kurtuazją ofiarował jej codziennie kwiatki, które w lesie zbierał”.

   Lech pisze o ojcu, że „był klasycznym, ponurym mrukiem”, matka zaś „miała naturę słoneczną, promieniowała spokojem, pogodą i humorem. Toteż garnęli się do niej ludziska i »słoneczkiem « nazywali”.

   "Słoneczko" i "mruk" dorobili się dwóch synów - Lecha i Czecha, ale nie umieli się do siebie dopasować. Pani Rościszewska w Niedrożu rzuciła się w wir prac społecznych. Została działaczką Polskiej Macierzy Szkolnej, ale nawet po jej rozwiązaniu prowadziła tajną szkółkę dla miejscowych dzieci i w tę konspirację wciągnęła też małych synów. Kiedy matka prowadziła lekcje, oni stali na czatach. Raz Lech wpadł do izby z wrzaskiem: "Mamusiu! Moskale idą!". Dzieciaki błyskawicznie pochowały elementarze i kajety, czmychnęły przez okno i jakby nic zajęły się kopaniem grządek. A ich nauczycielka? Spokojnie wyciągnęła robótki.

   Ale nauczanie nie było jedynym zajęciem Marceliny. Działała w Kole Ziemianek Drobińskich, założyła spółdzielnię "Jedność" dla wiejskich kobiet, koło gospodyń wiejskich, chór młodzieżowy... I jeszcze dużo więcej. Mąż Seweryn stał z boku, w roku 1905 zdecydowali o separacji. Pani Rościszewska wyjechała do Płocka.

   Odznaczył ją sam Marszałek

   W mieście Rościszewska znalazła promotora w osobie ks. Ignacego Lasockiego, kuzyna męża. To on dał jej posadę dyrektorki Pensji Udziałowej dla Dziewcząt. Nie, nie był to żaden nepotyzm, po prostu ks. Lasocki znał już możliwości i umiejętności pani Marceliny. Wybór szefowej szkoły był tak trafiony, że stu ziemian z Mazowsza Płockiego przesłało księdzu podziękowania za Marcelinę. A ta wzięła od razu byka za rogi - poradziła sobie z kłopotami finansowymi, sprowadziła dobrze przygotowanych nauczycieli i szkoła w ciągu paru lat zyskała bardzo wysoką rangę. Uczono w niej WF-u, co było absolutną nowością, klasy zostały świetnie wyposażone w pomoce naukowe, dziewczęta wyjeżdżały na wycieczki krajoznawcze, brały udział w zebraniach towarzyskich. Był też gabinet dentystyczny i lekarski, a nawet sala gimnastyczna. Mniej zamożne uczennice były traktowane dokładnie tak jak ich bogate koleżanki.

   O działalności pedagogicznej Marceliny Rościszewskiej można by pisać długo, ale przecież robiła znacznie więcej. Jeśli spojrzeć wstecz w historię Płocka, to widać, jak dużo dla miasta i Polski zrobiły właśnie kobiety. I Rościszewska zajmuje pośród nich miejsce w najpierwszym szeregu. Jej optymizm, pogoda ducha i niesamowity temperament doskonale się sprawdzały w niełatwych czasach. Tuż po odzyskaniu niepodległości powołała w Płocku Służbę Narodową Kobiet Polskich. Została komendantką tej organizacji. Nie było to żadne "babskie gadanie", ale naprawdę potrzebna robota, mająca na celu niesienie pomocy wojsku i państwu. Panie pracowały społecznie, a kiedy trzeba było ochotników, żeby bronić wschodnich granic przed rosyjskimi wojskami, płockie kobiety szybko założyły biuro werbunkowe i przygotowały koszary, a potem organizowały kurs ćwiczeń wojskowych. 3 stycznia 1919 r. 39 ochotników z Płocka wyruszyło na odsiecz Lwowa. I kto z nimi? Tak, Marcelina Rościszewska! Dała sobie radę w podróży, choć na pociąg napadli Ukraińcy.

   Ale bolszewicy nie odpuszczali. Sierpień 1920 r. był dla Polaków i dla płocczan straszny. W mieście zwłaszcza kobiety gorączkowo pracowały przy organizacji szpitala, pomagały rodzinom żołnierzy, wszyscy wsłuchiwali się w huk armat. A mimo to, kiedy 18 sierpnia od strony rogatek dobrzyńskich wdarła się kawaleria Gaj-Chana, płocczanie byli kompletnie zaskoczeni. Ludzie, także wojsko, rzucili się do ucieczki przez most. Żołdacy wpadali do mieszkań, rabowali, gwałcili kobiety. Rozpętało się piekło na ziemi. Trzeba było czasu, by mieszkańcy i żołnierze otrząsnęli się z szoku i stanęli do obrony. I w tym wszystkim jest Marcelina. Roznosi broń i amunicję, zbiera rannych, opatruje ich. Zna miasto, więc prowadzi żołnierzy przez swoje tajemne ścieżki, ogrody i zaułki znad Wisły na ul. Kościuszki. Razem z wojskiem wpada pod ostrzał karabinów maszynowych, ale nie ucieka. Ludzie patrzą na nią, jak zarządza, rozkazuje, kieruje i już się nie wycofują. Walka trwa coraz gorętsza, na ulicach, na barykadach.

   Pośród obrońców Polski przed nawałą bolszewicką są synowie Marceliny, Lech i Czech.

   Płock miał wtedy wielu bohaterów. Miasto było bohaterem. Marszałek Piłsudski przyznał Płockowi Krzyż Walecznych. 21 kwietnia 1921 r. odznaczył też najbardziej zasłużonych płocczan; Krzyż Walecznych przypiął również na piersi Marceliny Rościszewskiej.

   A przecież była zwykłą kobietą, z powołania - nauczycielką. Świetną. Przez lata w wolnej już Polsce pracowała jako dyrektorka Gimnazjum im. Reginy Żółkiewskiej. Uczennice nazywały ją przełożoną. Jedna z nich - również znana płocczanka, nieżyjąca już Wanda Chrostowska - chwaliła w swoim wspomnieniu o przełożonej jej oddanie pracy, ale i wielką troskę, mądrość, z jaką tworzyła tę szkołę, dobierała najlepszą kadrę pedagogiczną, dbała o wysoki poziom edukacji, zaszczepiała miłość do sztuki, potrzebę nauki języków obcych, troskę o rozwój fizyczny. I to, jak bardzo była w tych działaniach sprawiedliwa wobec każdej z uczennic, których status materialny nie miał najmniejszego znaczenia.

   Rościszewska przeszła na emeryturę w roku 1933 i wyjechała do syna pod Kraków. Tam dopadła ją kolejna straszliwa wojna. W roku 1941 zapisała w pamiętniku: "Już można umrzeć w radosnym poczuciu, że żywot nie był zmarnowany, choćby się zmarnowanymi wydały żywota tego trudy i ofiary. Stojąc nad grobem mej drogiej Ojczyzny i nad grobem własnym wierzę, jak wierzyłam zawsze, że człowiek siewcą jest tylko dobrego lub złego i o to troszczyć się powinien, aby siał dobro i dobrze je zasiał".

   Zmarła w roku 1949, męża przeżyła o trzy lata.


(od autorki) --- Korzystałam z książki "Znakomite Płocczanki" Anny Marii Stogowskiej, katalogu do wystawy "Przodków światło i cień" autorstwa Bożenny Ostrowskiej oraz artykułu Wandy Chrostowskiej "Marcelina Rościszewska - dyrektorka gimnazjum im. Reginy Żółkiewskiej w Płocku w latach 1908-1933" z "Notatek Płockich" 1975 r.




Link doRadwański Leon (Wspomnienia)

» Pokaż wszystko     «Przegl. «1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 47» Dalej»     » Pokaz slajdów