Historie

» Pokaż wszystko     «Przegl. «1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 49» Dalej»     » Pokaz slajdów

Fryderyk Chopin we wspomnieniach.


"Wspomnienia Pośmiertne - rok 1849".
Autor: Ks. Jan Koźmian.


Fryderyk Chopin
(1849)



Fryderyk Chopin umarł w Paryżu 17 października, w 39 roku życia. Zgon jego nie był niespodziewanym. Od samego dzieciństwa wątłe nader zdrowie co chwila groziło mu niebezpieczeństwem. A przecież, jak się z wielkiemi stratami dziać zwykło, cios ten wydaje się nam zbyt nagłym, i jakby w nieprzygotowanych uderza. W istocie, tak wiele zawsze jaśniało potężnej twórczości ducha w tym drobnym a kruchym organizmie, iż można się było przyzwyczaić do myśli, niejako wmówić w siebie, że ta uporczywa iskra życia, tyle razy dogorywająca i znowu rozpłomieniona, posiada wyjątkową trwałość i jeszcze nieprędko zagaśnie. Bóg rozporządził inaczej. Nie stać nas jeszcze w tej chwili na sąd odpowiedni przedmiotowi. Zdarzy się może później sposobność, w której starać się będziem ocenić artystę. Dziś w pierwszej żałości chcemy tylko mówić o Polaku. Też przedewszystkiem Polakiem był Chopin. Każdy jego czyn, każde słowo nosiło najdobitniejsze tego znamie. Lubo z pochodzenia francuzkiego, wydatniej się jak nie jeden Polak między Francuzami swą polską odrębnością odróżniał. Jako czerpał swe natchnienia z pieśni ludu, tak też lubił naśladować jego zwroty mowy, a w chwilach wesołości jego rubaszną prostotę doskonale oddawał. Dla Polski też tylko żył i o niej ciągle dumał. Rok przeszły jak w nas wszystkich, tak w nim rozbudził świetne nadzieje, a potem zranił duszę strasznym zawodem, co też mu i do rychlejszej śmierci przyłożyć się musiało. Przyjaciela odjeżdżającego w Poznańskie żegnał temi słowy: „Mój zawód publiczny już skończony; macie we wsi kościołek, dacie mi na resztę dni moich kawałek łaskawego chleba, a ja wam za to wygrywać będę na organach hymny na cześć Królowej korony polskiej.” Cóż dopiero mówić o jego utworach? We wszystkich, czy drobnego czy szerszego rozmiaru, zarówno odbija się duch nasz narodowy ze wszystkiemi swemi właściwościami. Jakżeż w nich się cudownie snuje i splata nić miłości i tęsknoty, tych dwóch prządek naszego żywota. Gdzież ogrom boleści naszych jękliwej przemawia? I znowu, radość przyszłego zwycięztwa, sny i upojenia naszych nadziei, mogąż być ubrane w większy dźwięków przepych? A te przeciwieństwa, niezgodności, dysonanse, które Chopin stwarzał z taką obrazą dla starej szkoły a z tak świetnemi wróżbami dla nowej, nie sąż najrzetelniejszym obrazem tego wewnętrznego bólu i rozdarcia, co od pół wieku dręczy dusze polską? Tu nasuwa nam porównanie świeża jeszcze strata innego mistrza. Jak Chopin był najwznioślejszym poetą w muzyce, tak Słowacki był najsubtelniejszym muzykiem w poezyi. Jeszcze tak niedawno mówiliśmy o ostatnim, że wiersze jego są ciągłą melodyą, że śpiewać je raczej lub przy muzyce skandować, jak deklamować należy. Oba gnani bez przestanku wewnętrzną boleścią, rwani do góry skrzydłami najlotniejszej fantazyi, zapuszczali się aż po granice fałszu. Słowacki najczęściej je przekraczał i już nie wracał więcej. Przeciwnie Chopin, mistrz pełniejszego natchnienia i prawdy, zawsze w czas nazad zawracał, i co zrobił i rozprzęgł, to znowu spajał i harmonizował. Zda się, że z umysłu dlatego tylko w burzę rozkołysywał to morze harmonii, rozbierał je w przepaście, aby odkryć dno wiecznej pogody i wynieść na jaw wiecznych piękności bogactwa. Tamten też rzucił w świat uniesienie bez dopełnienia, jęk bez ukojenia, , niby akord przerwany i nieskończony. Ten zaś stał się wyobrazicielem i zwiastunem tej pełni, zgody i jedności, do której duch polski, unosząc nieprzebrane skarby z swego chwilowego rozbicia, znowu nastroić się musi. Najwyraźniejszą przeto jego dzieł cechą jest prawda; a tej wszędzie, i w myśli i w uczuciu najprzód szukać należy. Nią prowadzony zdołał on sam jeden dla muzyki ludu polskiego uczynić to wszystko, jeśli nie więcej, co wieszczowie nasi dla poezyi gminnej uczynili. Wyższy od nich twórczością i uczuciem, odgadł od razu wszystkie tajemnice naszego śpiewu, usposobił go do najwyższych polotów, powiązał z najtrudniejszemi sztuki zadaniami, a wyniósłszy go do tej zacności, zdobywszy mu obywatelstwo świata, dokonał tego, co poeci nasi najznakomitszy do osiągnienia zaszczyt naszej literaturze przedstawiają, dodał silnego żywiołu powszechnej sztuce europejskiej, odmłodnił ją i na nowe poprowadził koleje. Chopin urodził się w 1810 r. Uczęszczał na nauki do lyceum warszawskiego, przy którem ojciec jego był profesorem francuzkiego języka. Muzyka jednak prawie od niemowlęctwa była głównem jego zajęciem. Poruczony opiece i umiejętnemu przewodnictwu Elsnera i Wirfla w konserwatoryum warszawskiem, młody nasz artysta takiej wkrótce nabył biegłości, iż już w 8mym roku najtrudniejsze sztuki z zadziwiającą dokładnością wykonywał. Wcześnie też okazywał nadzwyczajną zdatność do kompozycyi. Trzeba go było w tem raczej miarkować, jak pobudzać. W trzynastym roku wydał pierwsze swe dzieło, Rondo, przypisane żonie rektora Lindego. Oklask powszechny przyjął z uniesieniem to nowe zjawisko. Jak się dziać zwykło, obsypywano poczynającego fortepianistę najrzęsistnemi pochwałami, wydzierano go sobie, stawiano go już wyżej nad wszystkie mistrze, ale co się stało wbrew zwyczajnemu trybowi, to jest, że te przedwczesne uwielbienia bynajmniej go nie popsuły i że dziwowisko za młodu nie wyszło na mierność w wieku dojrzałym. Po ukończeniu nauk w konserwatoryum udał się Chopin do Wiednia w roku 1829. Odtąd poczyna się jego sława europejska. Pierwszy jego koncert i waryacyje na temat: La ci darem la mano odkryły obcym obfitość w twórczość, biegłość w wykonywaniu, które już rodacy podziwiali. Wkrótce powrócił do Warszawy jakby tylko dla złożenia ojczyźnie i ukochanym rodzicom pierwośnianych swych wieńców, dał dwa pożegnalne koncerta i jeszcze przed wybuchem powstania listopadowego opuścił ojczyznę, by już jej więcej nie obaczyć. Po szybkiej lecz pełnej tryumfów podróży przez Niemcy, osiadł w Paryżu. Tu kilka publicznych wystąpień postawiło go od razu w pierwszym rzędzie artystów. Lecz Chopin cichy i usuwający się z natury, nie lubił tłumnych zgromadzeń i hałaśliwych poklasków. Gra też jego nabierała coraz większej subtelności, tego najwytworniejszego cieniowania, które tylko w szczuplejszem miejscu i dobranem towarzystwie można było w najlżejszej zmianie pochwycić. Ustąpienie to ze sceny i z widowni powszednich popisów uczyniło go tem bardziej przedmiotem poszukiwanym dla prawdziwych znawców i wyłączniejszego towarzystwa. Stało się to cenionym przywilejem, kiedy gdzie grać zechciał. Tymczasem sypał z swej obfitości coraz liczniejsze i znakomitsze utwory: mazurki, walce, nokturny, etudy, ballady. Wszystko to nie sięga rozmiarem dzieł rutyną w pierwszym rzędzie stawianych, bo oprócz drugiego koncertu z Fmol już ani razu nie dał się etykietalnym przyzwyczajeniom muzyki z właściwego sobie trybu wyprowadzić, a przecież każdy najdrobniejszy urywek mieści w sobie taką oryginalność, tajność myśli, że daleko poza sobą zostawia wszystkie spółczesnych fortepianistów szerokie wypracowania. Wprawdzie zmierzał zawsze Chopin, i jako cel główny w przyszłości sobie stawiał, napisanie opery polskiej, ale i czasu mu brakło, i żaden z pisarzów naszych nie umiał mu dogodnego przedmiotu dostarczyć. W tym kierunku zostawił jedynie po sobie kilkanaście piosnek do słów Witwickiego i Zaleskiego. W ostatnich czasach zażądał był poezyi od autora Przedświtu i Psalmów, i podobno do kilku nadesłanych muzykę ułożył. Policzony pomiędzy najwyższe znakomitości świata paryskiego, bo i dowcipem umiał wszystkim dotrzymać, stał się niezbędnym powiernikiem i uczestnikiem całego ruchu umysłowego i artystycznego. Związek jego z panią Georges Sand był aż nadto głośnym, zbyt wiele boleści sprawiał jego najszczerszym przyjaciołom, byśmy mogli go bez wzmianki pominąć. Ani uwielbienie dla geniuszu, ani cześć dla pamięci szlachetnego człowieka nie powinny zaślepiać aż do pobłażania i zamilczania zboczeń, które się w pospolitych ludziach tak surowo potępia. Głęboko przeto żałować wypada, iż tak piękny żywot bez tej skazy nie pozostał. Ale z drugiej strony wiedzą bliżsi przyjaciele, że nie tyle było w tem płochości, co słabości i potulności, która potrzebowała opieki i każdą oznaką przyjaźni, każdym urokiem talentu pociągać się dawała. Błąd swój sam później boleśnie uczuł i odpokutował, gdy związek ten w najtrudniejszej życia chwili został nagle zerwanym z dziwnie łatwem wyrzeczeniem się wszelkich względów dla niego, i krom gorzkich wspomnień nic mu nie zostawił. Cios ten i wypadki lutowe wygnały go z Paryża do Anglii. Zwykł był mawiać: „Biedna ja pajęczyna, przylgnąłem do chwiejącej się ściany, a i ta upadła; gdzież się teraz podzieję?” Czy dla rozpędzenia tłoczącego go smutku, czy z przewidzenia bliskiego końca, powrócił do dawania koncertów.
Jeszcze przed wybuchem lutowym dał był wielki koncert w Paryżu, który dowiódł, że i artysta na talencie i publiczność na uwielbieniu dla niego nic nie straciła. Przyjazd jego do Anglii był wypadkiem w świecie muzycznym, a pobyt ciągiem nieprzerwanym tryumfów. Ale Chopin nie brał już żadnego w tej pomyślności udziału. Smutnym i przygnębionym był, choć mu zdrowie nad spodziewanie służyło. Trudno było go ściągnąć do fortepianu, chyba że grać musiał. Najczęściej wybierał swój marsz pogrzebowy. Ostatni jego mazurek, dedykowany pani Delfinie Potockiej, tak jest rozdzierająco żałosny, że go zawsze do tego marszu przyczepiał. O niczem nie mówił, tylko o Polsce. Ostatnie jego wystąpienie było na koncercie w Guildhall na dochód emigrantów polskich. Wkrótce po powrocie do Paryża mocno zapadł i już więcej nie powstał. Łoże jego otaczała do końca troskliwość równie obcych, jak rodaków. Umarł przykładnie pogodziwszy się z Bogiem, św. Sakramentami opatrzony. Przed samą śmiercią kazał sobie zagrać: Jeszcze Polska nie zginęła. Żałobne nabożeństwo za jego duszę odbyło się w przytomności tłumnego zbioru osób najznakomitszych. Najcelniejsi artyści odgrywali Requiem lub odśpiewywali chóry z jego własnej muzyki ułożone.
Powiedział poeta, że gdy wieszcz umiera, to wszystko w około rozpogadza się i ucisza, by usłyszeć, jak Bóg wywołuje jego imię do grona swych wybranych. A tu burza wre jeszcze taka! Pełne trafunku czasy tak przyzwyczaiły nas do strat niezwykłych, iż pomimowolnie przychodzi wątpliwość, czy Polska od razu uczuje, jak wielką dziś klęskę ponosi. I znowu powiedziano o niepoznanym człowieku, że jak obłok wśród ciemnej nocy przepłynął.. Obłok ten, który zniknął, był pełnym światła, ale wśród tak krwawych i ognistych łun odpływa, iż może nie jedno oko nie dostrzeże, jak uchodzi do źródła wszelkiej światłości. Lecz potomność odda mu cześć zasłużoną. Ona powie, że duch polski, opuściwszy na chwilę ciało gnębione przez obcych ciemiężców, słaniał się i błądził po świeci, przytomny wszystkim walkom, górujący nad wszystkiemi szlachetnemi sprawami, pokutnicza wszystkich klęsk ofiara, - że zstępując na ziemię niekiedy, przylegał do spraw, z których ciężkie acz pozorne skazy odnosił, lecz że były kierunki, po których jak po kryształach spływał na poziomy, i że na jednym z takich kierunków stał i przewodniczył mu Chopin.

Ks. Jan Koźmian




» Pokaż wszystko     «Przegl. «1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 49» Dalej»     » Pokaz slajdów